Projekty IT ? patrz i uważaj?

Tym razem z zno­wu z cyklu ?na forach?? Jakis czas temu uka­zał się cie­ka­wy arty­kuł (sztucz­ki)

Na jed­nym z forów o nego­cja­cjach i o biz­ne­sie IT pew­ne­go ser­wi­su prze­to­czy­ły się burz­li­we dys­ku­sje na ten temat. Co cie­ka­we, były tak­że gło­sy godzą­ce się z tym, że sztucz­ki doty­ka­ją­ce mani­pu­la­cji part­ne­rem są dopusz­czal­ne. Część dys­ku­tan­tów trak­to­wa­ła to jako ?oko za oko? inny twier­dzi­li wręcz, że to rodzaj stra­te­gii korporacyjnej.

Nie będę dalej wgłę­biał w mean­dry ety­ki bo o czym innym chcia­łem tu napi­sać. Pomyślałem, że podej­mę pró­bę wyja­śnie­nia tego zja­wi­ska, mogę jed­nak stwier­dzić, że nie­uczci­we meto­dy wabią każ­de­go bo są tań­sze i pozwa­la­ją ukryć nie­kom­pe­ten­cję. Jest to pro­sty mecha­nizm: kupu­ją­cy sys­tem IT robi to raz na ok. 5 lat, jak pro­jekt będzie poraż­ką to po pierw­sze nie przy­zna się (akcje spad­ną…:)?) po dru­gie szyb­ko o tym zapo­mi­na, dostaw­ca zaś korzy­sta z tego, bo nie robi sobie anty­re­kla­my, a do tego jako fir­ma bar­dziej doświad­czo­na w bran­ży, zawsze ma tu prze­wa­gę nad kupu­ją­cym. Znam przy­pad­ki gdy napraw­dę bar­dzo kiep­ski pro­jekt poja­wiał się na liście refe­ren­cyj­nej wyko­naw­cy bo klien­tem była zna­na i duża firma!

ANALIZA W PROJEKCIE IT

Wyobraźmy sobie sytu­ację, w któ­rej na ryn­ku budow­la­nym inwe­sto­rem jest nabyw­ca, ten­że nabyw­ca nie ma kom­pe­ten­cji budow­la­nych a jed­nak zle­ca wszyst­ko, w tym ana­li­zę i pro­jek­to­wa­nie, wykonawcy.

Na ryn­ku IT zawa­le­nie pro­jek­tu nie powo­du­je śmier­ci setek osób dla­te­go nabyw­ca pła­cze po cichu a pro­ku­ra­tor też nie ma co robić. Co cie­ka­we jed­nak opro­gra­mo­wa­nie np. dla sprzę­tu medycz­ne­go jest robio­ne po boże­mu i bez kan­tów… dla­cze­go? Inny przy­kład: swe­go cza­su widzia­łem pro­ces deve­lo­per­ski opro­gra­mo­wa­nia dla tele­fo­nów komór­ko­wych, w porów­na­niu z ERP to kosmos jako­ści i dokład­no­ści. Zapytałem kie­row­ni­ka pro­jek­tu z tej fir­my co ich skła­nia do tak wyso­kiej jako­ści sko­ro to pod­no­si kosz­ty? Odpowiedział: ?Wyobraź sobie, że nagle coś nie wyszło w naj­now­szej par­tii tele­fo­nów wypusz­czo­nych na rynek.….. siwy dym i wszy­scy wie­dzą, a jak coś się zawa­li w pro­duk­cie czo­ło­we­go dostaw­cy sys­te­mów ERP na ryn­ku to nikt o tym nie wie więc po co się starać? :)).

Moim zda­niem mamy do czy­nie­nia z pew­nym para­dok­sem epo­ki: fir­my inwe­stu­ją w opro­gra­mo­wa­nie nie raz set­ki tysię­cy zło­tych i wię­cej, sta­ty­sty­ka wdro­żeń poka­zu­je, że pod­czas wdro­że­nia naj­praw­do­po­dob­niej dopła­ci dru­gie tyle jed­nak fir­my te (za obo­pól­ną zgo­dą z dostaw­cą opro­gra­mo­wa­nia) oszczę­dza­ją z górą kil­ka­na­ście pro­cent pla­no­wa­ne­go budże­tu pro­jek­tu wykre­śla­jąc z pro­jek­tu ana­li­ty­ka, praw­ni­ka i nego­cja­to­ra. Moim zda­niem jest to lob­bing dostaw­ców IT, któ­rzy gene­ral­nie zara­bia­ją na nie­kom­pe­ten­cji i bra­ku doświad­cze­nia kupu­ją­cych (nie wszy­scy na szczę­ście). Rozumiem, że wie­dza eks­perc­ka ma war­tość na ryn­ku (sam na tym ryn­ku funk­cjo­nu­ję) ale nie rozu­miem wyko­rzy­sta­nia tej wie­dzy prze­ciw­ko wła­snym klientom?

KTO TYM KIERUJE

Dobry szef IT to przede wszyst­kim dobry mana­ger (moim zda­niem). Wydaje mi się, że mecha­nizm począt­ków pato­lo­gii jest taki: Prezes (niech mi ktoś powie dla­cze­go) uwa­ża, że szef IT to omni­bus (podob­nie jak np. syn pre­ze­sa, któ­ry wszyst­ko wie o kom­pu­te­rach :)), ten­że szef IT za nic w świe­cie nie dosta­nie budże­tu na doradz­two i eks­per­tów bo w oczach Prezesa to on powi­nien to robić.. wobec tego robi to sam i swo­imi ludź­mi, efek­ty są naj­czę­ściej opła­ka­ne (gdy­by nie umo­wy o pouf­no­ści wie­le zna­nych mi ana­liz wyko­na­nych przez pra­cow­ni­ków pio­nów IT zasi­li­ło by blo­gi typu humor zeszytów).

Bardzo czę­sto mani­pu­la­cja ze stro­ny dostaw­cy pole­ga wła­śnie na tym, że wma­wia się klien­to­wi, że goto­wa imple­men­ta­cja pro­ce­su (mode­le refe­ren­cyj­ne w goto­wym opro­gra­mo­wa­niu ERP) jest dobra, co nie raz nie jest praw­dą bo jed­nak fir­my się mię­dzy sobą istot­nie róż­nią. Różnią się nawet w tej samej bran­ży gdyż na tych wła­śnie róż­ni­cach budu­ją swo­ją prze­wa­gę 🙂 nad kon­ku­ren­cją. Znam przy­pad­ki, gdy efek­tem wdro­że­nia opro­gra­mo­wa­nia wio­dą­ce­go dostaw­cy na ryn­ku ERP” była utra­ta posia­da­nej prze­wa­gi i upa­dek firmy.

Na forach: [Ja] Dobrą prak­ty­ką jest by ana­li­tyk wyko­nał ana­li­zę biz­ne­so­wą i opra­co­wał wyma­ga­nia na opro­gra­mo­wa­nie a po nim dopie­ro był wyła­nia­ny dostaw­ca, któ­ry opra­cu­je plan wdrożenia.

[Oponent] Nie jestem prze­ko­na­na, że taki podział ról jesz­cze obo­wią­zu­je 🙂 chy­ba jed­nak przy dużych ERP-ach rolę ana­li­ty­ka biz­ne­so­we­go peł­nią kon­sul­tan­ci, któ­rzy reali­zu­ją wdro­że­nie – to już rzad­ko są ludzie od IT” raczej od biz­ne­su (ci któ­rych znam nie są infor­ma­ty­ka­mi, tyl­ko eko­no­mi­sta­mi, logi­sty­ka­mi itp.). Ale nie znam prze­cież wszyst­kich firm na świe­cie 🙂 może są i takie o jakich piszesz, gdzie wdro­że­nio­wiec jest tyl­ko od usta­wia­nia para­me­trów w systemie…

[Ja] Ten podział ról, któ­ry opi­sa­łem, nie obo­wią­zu­je, on jest opty­mal­ny. Problem w tym, że taki ana­li­tyk dostaw­cy” pod­czas roz­mów z klien­tem jak usły­szy, że klient wysta­wia fak­tu­rę na któ­rej wpi­su­je numer buta (załóż­my bar­dzo potrzeb­ny z uwa­gi na spe­cy­fi­kę klien­ta) klien­ta sły­szy od tego ana­li­ty­ka”, że tak się nie robi.

[foru­mo­wicz] Czytam i strach mnie coraz więk­szy ogar­nia. To co piszesz to prze­cież dokład­nie to co się dzie­je u nas z wdra­ża­nym ERP – z lito­ści nie wymie­nię dostaw­cy. Próbują nas prze­ko­nać, że ręcz­ne nada­wa­nie nume­rów doku­men­tów to wła­ści­wa meto­da, że nie ma potrze­by pod­łą­czać kore­spon­den­cji do reali­zo­wa­nych spraw a dzi­siaj się dowie­dzia­łem, że pro­jekt sprze­da­żo­wy bez ana­li­zy ryzy­ka (w sytu­acji gdy taka ana­li­za wyni­ka z okre­ślo­nych wymo­gów) może się spo­koj­nie toczyć bez alar­mo­wa­nia zain­te­re­so­wa­nych o bra­ku tej­że ana­li­zy – aż do pod­pi­sa­nia umowy.

Dotychczas infor­ma­cje o poraż­kach we wdro­że­niach sys­te­mów biz­ne­so­wych trak­to­wa­łem jako czar­ny PR lub dzien­ni­kar­skie kacz­ki ale odkąd prze­ży­wam to na co dzień to zaczy­nam wie­rzyć, że więk­szość takich wdro­żeń się nie udaje.

POWOLI COŚ SIĘ ZMIENIA

Firmy mają już dru­gi a nawet trze­ci sys­tem i wie­dzą na co zwra­cać uwagę.

W USA nie­do­pusz­czal­ne jest np. by dla admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej pro­jekt sys­te­mu wyko­nał jego przy­szły dostaw­ca, to są osob­ne prze­tar­gi a doku­men­ta­cja powin­na być taka by dowol­na fir­ma sto­su­ją­ca stan­dar­dy mogła na jej pod­sta­wie wyko­nać sys­tem lub w dowol­nym momen­cie prze­jąć pro­jekt. U nas ta cecha jest pierw­szym ele­men­tem, któ­ry ubi­je inte­gra­tor IT.

Czasami sły­szę, ze naj­lep­szy ana­li­tyk to wła­sny bo wte­dy pod­czas wdro­że­nia on wie o co cho­dzi, ano wła­śnie: i jak fir­ma paprze to prze­ka­za­nie pro­jek­tu inne­mu wyko­naw­cy jest nie­moż­li­we i o to chodzi!

Na szczę­ście widu­je coraz czę­ściej prze­tar­gi oddziel­nie na ana­li­zę i doku­men­ta­cje a oddziel­nie na reali­za­cję. W efek­cie pod­nie­sie­nie kosz­tów pro­jek­tu o ok. 10 – 20% (prze­cięt­ny koszt ana­li­zy i spe­cy­fi­ka­cji wyma­gań) chro­ni przed stra­ta­mi rzę­du 100% pro­jek­tu i więcej.

Nie zmie­nia to fak­tu, że wie­lu klien­tów skre­śla ana­li­zę licząc, że jego ta poraż­ka nie dotknie: to jest jed­nak pró­ba wygra­nia w totolotka.

Na koniec: nie­ste­ty wie­le ana­liz wyko­ny­wa­nych meto­dą SDD (Student Driven Development ;)) i ich jakość jest tra­gicz­na więc skre­śle­nie takiej (nie raz kosz­tow­nej) ana­li­zy ma sens i koło się zamyka.…

Widuję ana­li­zy wyma­gań wyko­na­ne za cięż­kie pie­nią­dze a będą­ce nie­spój­nym tek­stem pro­zą na dzie­siąt­ki stron nie­mal­że bez żad­ne­go dia­gra­mu. Wtedy pytam klien­tów: czy wyobra­ża Pan sobie remont Pana miesz­ka­nia wyko­na­ny wyłącz­nie na pod­sta­wie opi­su tek­stem prze­ka­za­ne­go fir­mie remon­to­wej? I zapa­da cisza.

Ciekawe dla­cze­go wyko­naw­ca w budow­lan­ce dosta­je pro­jekt od archi­tek­ta w posta­ci mode­li (rysun­ki tech­nicz­ne, rzu­ty, wizu­ali­za­cje itp.) 🙂

No to wyglą­da na to, że myśli­my tak samo a kwe­stia takich czy innych doświad­czeń w IT to już kwe­stia tech­nicz­na raczej… nie zmie­nia to fak­tu, że na wie­lu szko­le­niach, nie tyl­ko z nego­cja­cji, nasta­wia się ludzi na wal­kę, jak nie znasz takich tre­ne­rów (w co wąt­pię) to być może zaraz tu poznasz kogoś kto wycho­dzi z zało­że­nia, że na roz­mo­wę idzie się z pał­ką a coś takie­go jak Win-Win w kon­trak­tach nie istnieje.

Mam taka swo­ją, ana­li­tycz­ną (jestem tak­że ana­li­ty­kiem ryn­ku, zaj­mu­je się doradz­twem stra­te­gicz­nym), teo­rię któ­rą prak­ty­ka potwierdza:

Dobrze zarzą­dza­na fir­ma ma wie­dzę o swo­ich pro­duk­tach, ryn­ku na nie i chłon­no­ści ryn­ku. Plan sprze­da­ży jest opar­ty na tych danych i jest real­ny. Wielkość sprze­da­ży zale­ży głów­nie od cech pro­duk­tów. Kiepskie fir­my nie radzą sobie z mar­ke­tin­giem i usi­łu­ją reali­zo­wać pla­ny sprze­da­ży na siłę. Wtedy zatrud­nia się sztab pozba­wio­nych skru­pu­łów despe­ra­tów zmo­ty­wo­wa­nych groź­bą zwol­nie­nia i nazy­wa się ich sprze­daw­ca­mi, kup­ca­mi itp.” Aby byli sku­tecz­ni wysy­ła się na róż­ne­go rodza­ju szko­le­nia z mani­pu­la­cji, wal­ki itp. i wma­wia się im, że nie ist­nie­je win-win.

Drugi rodzaj firm to fir­my nie radzą­ce sobie z zarzą­dza­niem, mał­pu­ją wszyst­ko co się da: cudze stra­te­gie, cudze wdro­że­nia, cudze ceny, wszyst­ko, w efek­cie maja kosz­ty bli­skie cenom ryn­ko­wym więc w zasa­dzie nie mają zysku. Ci na gra­ni­cy ze świa­tem zewnętrz­nym (dosta­wy i zaku­py) sta­wia­ją więc na nego­cja­to­rów”, któ­rzy za wszel­ką ceną zbi­ja­ją ceny zaku­pu zaopa­trze­nia i pod­no­szą ceny sprze­da­wa­nych dóbr bo to jedy­ny spo­sób na dodat­ni wynik finansowy.

Paradoks pole­ga na tym, że tego typu fir­my nie budzą zaufa­nia i są ska­za­ne na takie, kosz­tow­ne jed­nak prak­ty­ki, i spi­ra­la się nakręca.

Tak więc jest to temat o nego­cja­cjach i ich roli w stra­te­gii fir­my: jed­ni nego­cju­ją dłu­go­ter­mi­no­we poro­zu­mie­nia ku obo­pól­nym korzy­ściom inny wysy­ła­ją nego­cja­to­rów na wojnę.

Jako stra­teg i ana­li­tyk mode­li biz­ne­so­wych powiem tak: stra­te­gie dłu­go­ter­mi­no­we opar­te na wie­dzy i świę­tym spo­ko­ju są naj­sku­tecz­niej­sze (mało kosz­tow­ne) wyma­ga­ją jed­nak głę­bo­kich ana­liz i poko­ry. Prowadzenie wojen jest kosztowe.

Obecny kry­zys poka­zu­je cie­ka­wą rzecz: fir­my któ­rych pozy­cja na ryn­ku to dłu­go­trwa­łe part­ner­stwa mają się dobrze, fir­my wojen­ne prze­grza­ły i mają kło­po­ty. Te dru­gie to np. tele­ko­mu­ni­ka­cja czy nie­ste­ty wie­le firm IT. Znakiem wal­czą­cej stra­te­gii (dużych kosz­tów tego pro­ce­de­ru) jest faj­ny para­metr: rota­cja klien­tów. To zja­wi­sko ma miej­sce głów­nie tam, gdzie klient po doko­na­niu trans­ak­cji (zawar­ciu umo­wy) poczuł się oszu­ka­ny i za wszel­ka cenę szu­ka spo­so­bu zmia­nę dostaw­cy. Z regu­ły znaj­du­je, wal­czą­ce fir­my by nad tym pano­wać anga­żu­ją kosz­tow­nych praw­ni­ków bu trzy­mać klien­ta umo­wą” a to dodat­ko­wo pod­no­si kosz­ty tu zno­wu spi­ra­la kosz­tów i dro­ga do nikąd. Znam sytu­acje gdy duży churn (rota­cja klien­tów) jest trak­to­wa­ny jako bar­dzo zły wskaź­nik jako­ści zarzą­dza­nia i zarządu.

Oczywiście nie ma obo­wiąz­ku godze­nia się z tym co tu piszę i każ­dy bro­ni swo­jej stra­te­gii. Uważam, że mamy wybór, w koń­cu żyje­my w wol­nym kra­ju a decy­zje mene­dżer­skie podej­mu­ją mene­dże­ro­wie a nie ana­li­ty­cy 🙂 (Ci nie­ste­ty są oce­nia­ni za jakość reko­men­da­cji, nic za dar­mo) nie ma zna­cze­nia czy mam rację, zna­cze­nie ma to, że są fir­my o jakich pisze…

ZWROT Z INWESTYCJI

Jak Tu postrze­gasz ROI? Rentowność eta­pów pro­jek­tu, zaso­bów (np. ana­li­ty­ka), czy ren­tow­ność całe­go projektu?

Pewien mój klient pogo­nił pew­ne­go sprze­daw­cę z dużej nie­bie­skiej fir­my po tym jak mu ten sprze­daw­ca po wie­dział w nego­cja­cjach: jak Pan u mnie zamó­wi opro­gra­mo­wa­nie to dam Panu 50% upust na usłu­gi”. Na co usły­szał: czy­li od pół roku pró­bo­wał Pan mnie nacią­gnąć? Do widzenia.”

Zwróć uwa­gę, że każ­dy dobry pro­jekt wdro­że­nio­wy ma trzy zasad­ni­cze etapy:

1. ana­li­za biz­ne­so­wa (tu odpo­wia­da­my na pyta­nie jak fir­ma chce osią­gnąć cele biznesowe?)

2. ana­li­za wyma­gań (tu odpo­wia­da­my na pyta­nie jakich funk­cjo­nal­no­ści ocze­ku­je­my od opro­gra­mo­wa­nia, któ­re ma nam pomóc osią­gnąć cel)

3. ana­li­za przed wdro­że­nio­wa i wdro­że­nie (tu odpo­wia­da­my na pyta­nie: co i jakim kosz­tem nale­ży zro­bić z naszym opro­gra­mo­wa­niem by reali­zo­wa­ło wymie­nio­ne funkcjonalności)

Są to trzy roz­łącz­ne eta­py i tyl­ko ten trze­ci w cało­ści MUSI wyko­nać dostaw­ca opro­gra­mo­wa­nia. Argument w rodza­ju tyl­ko my wie­my jak wdro­żyć nasz sys­tem jest praw­dą ale jak się to ma do celu pro­jek­tu któ­rym dla zama­wia­ją­ce­go jest np. skró­ce­nie cza­su dosta­wy? Jak się to ma do wcze­śniej­szej ana­li­zy z któ­rej wyni­ka, ze wła­śnie skró­ce­nie cza­su dosta­wy a nie obni­że­nie kosz­tów zaopa­trze­nia jest klu­czem do suk­ce­su? Nijak.

Osobiście świa­do­mie suge­ru­ję swo­im klien­tom by dostaw­ca opro­gra­mo­wa­na sam sobie nie okre­ślał wyma­gań… 🙂 bo jest pra­wie pew­ne, że zro­bi to pod siebie.

Niestety nie raz byłem świad­kiem prze­le­wa­nia” w nego­cja­cjach kosz­tów pro­jek­tu pomię­dzy tymi eta­pa­mi a nawet coś w rodza­ju jak Pan kupi sys­tem to ana­li­za będzie za dar­mo”. Taki argu­ment świad­czy wyłącz­nie o tym, że ktoś pró­bu­je po pro­stu ugrać coś za wszel­ką cenę bez żad­ne­go mery­to­rycz­ne­go uza­sad­nie­nia i liczy na to, że dru­ga stro­na nie ma poję­cia o kosz­tach pro­jek­tów (co cza­sem bywa zresz­tą praw­dą ale nie jest to dla mnie powód do wyko­rzy­sty­wa­nia tego bo i tak w koń­cu się dowie­dzą ile co kosztuje).

Tak więc w kwe­stii tytu­łu wąt­ku: opi­sa­ne w arty­ku­le sztucz­ki dla mnie, to nic inne­go jak zaba­wa w pod­cho­dy kto tym razem jest więk­szym bałwanem.

OPEN SOURCE

Dyskusje o open sour­ce to nie koń­czą­ce się dywa­ga­cje pomię­dzy twór­ca­mi, kon­te­sta­to­ra­mi, zwo­len­ni­ka­mi i przeciwnikami.

Dla mnie abso­lut­nie nie ma zna­cze­nia spo­sób licen­cjo­no­wa­nia opro­gra­mo­wa­nia. Oprogramowanie to zasób, któ­ry wspie­ra jakiś pro­ces w fir­mie. Proces ten ma jakieś okre­ślo­ne zna­cze­nie dla fir­my zaś uży­te opro­gra­mo­wa­nie, jego dostaw­ca itp. sta­no­wią jakieś ryzy­ko dla cią­gło­ści i jako­ści funk­cjo­no­wa­nia tego pro­ce­su. Ponoszony koszt powi­nien być ade­kwat­ny do ryzy­ka przed jakim się chronimy.

Jednym ze spo­so­bów zarzą­dza­nia ryzy­kiem jest dzie­le­nie tego ryzy­ka, pomię­dzy nas i pod­miot dostar­cza­ją­cy nam opro­gra­mo­wa­nie. Innymi sło­wy w dobrej umo­wie jeże­li coś nie zadzia­ła to stra­ty pono­si użyt­kow­nik i dostaw­ca opro­gra­mo­wa­nia np. poprzez rekom­pen­sa­tę strat, bez­płat­nie świad­czo­ną usłu­gę napra­wy (gwa­ran­cja) itp..

O ile wiem nie jest moż­li­we zawie­ra­nie umów ze spo­łecz­no­ścia­mi open sour­ce, dostaw­ca takie­go roz­wią­za­nia może być pod­mio­tem w takiej umo­wie ale nie ma praw regre­su do twór­cy kodu i będzie się chro­nił przez odpo­wie­dzial­no­ścią inną niż za wła­sną usługę.

Sam uży­wam opro­gra­mo­wa­nia open sour­ce i komer­cyj­ne­go. Większość stron inter­ne­to­wych pra­cu­je u mnie na bazie wol­ne­go opro­gra­mo­wa­nia, sys­tem ope­ra­cyj­ny moje­go note­bo­oka, opro­gra­mo­wa­nie takie jak sys­tem CASE, któ­re­go uży­wam do pro­wa­dze­nia ana­liz, czy też to któ­re­go uży­wam do zarzą­dza­nia rachun­ka­mi to komer­cyj­ne opro­gra­mo­wa­nie na któ­re mam umo­wę z dostaw­cą te zaś zobo­wią­zu­je się w nim do roz­wo­ju tego opro­gra­mo­wa­nia, wspar­cia tech­nicz­ne­go i mam pra­wo rosz­czeń w przy­pad­ku zanie­dbań dostawcy.

Moje ryzy­ko z tytu­łu uży­wa­nia wol­ne­go opro­gra­mo­wa­nia do obsłu­gi ser­wi­sów WWW jest zni­ko­me, funk­cjo­nal­ność jest ta sama co kil­ka lat temu, jak coś sam zepsu­ję to w cią­gu 15 minut odtwa­rzam wer­sje dzia­ła­ją­ca z kopii zapa­so­wej. Nie dopusz­czam jed­nak tego przy rachun­kach i tam gdzie ja się przed klien­tem do cze­goś zobo­wią­zu­ję bo on ma pra­wo do rosz­czeń w sto­sun­ku do mnie jak coś nawali.

Ostatnio moja stro­na WWW, któ­rej uży­wam do dzia­łań z pogra­ni­cza CRM i zarzą­dza­nia pro­jek­ta­mi zaczę­ła stwa­rzać pro­ble­my i nie mam do kogo się zwró­cić pomoc (pew­na spo­łecz­ność już nie roz­wi­ja tego opro­gra­mo­wa­nia, pew­nie skoń­czy­li stu­dia i każ­dy ma swo­ją pra­cę). Dlatego następ­ny sys­tem CRM u mnie będzie komer­cyj­nym oprogramowanie.

Mam wra­że­nie, że cześć orę­dow­ni­ków bez­płat­ne­go opro­gra­mo­wa­nia to ludzie wyzna­ją­cy zasa­dę nie będą pła­cić za jakieś opro­gra­mo­wa­nie sko­ro sobie leży i moż­na je wsiąść”, nale­ży two­rzyć wspól­ne dobro i nie brać za nie pie­nię­dzy”, inne. Jest to moim zda­niem myl­ny pogląd, mam wra­że­nie że wręcz anarchistyczny.

Oprogramowanie to taki sam twór jak zdję­cie, książ­ka, odku­rzacz czy luk­su­so­wy samo­chód. Do cze­goś nam słu­ży, zaspo­ka­ja jakieś potrze­by. To użyt­kow­nik oce­nia jakie to potrze­by i jaką one mają war­tość dla nie­go (lub jakie stwa­rza­ją ryzyko).

Dlatego wybór opro­gra­mo­wa­nia nie ma w moich oczach nic wspól­ne­go z poglą­da­mi a jedy­nie z doro­sło­ścią wyboru.

Inne artykuły na podobny temat

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany

Komentuj i zadawaj pytania autorowi.

Identyfikator *
E-mail *
Witryna internetowa

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.